piątek, 5 kwietnia 2019

Zielony dzwonek




Mam wrażenie, że im więcej szyję, tym bardziej nie mam się w co ubrać. Bo to jest tak: jeśli szyję, to nie kupuję w sklepach. Ale jeśli szycie mi nie wyjdzie, to nie mam ani uszytego ciucha, ani kupionego. :)

Tylko wciąż przybywa w domu materiałów, coś niesamowitego...

Ale do rzeczy. Ponieważ, jak wiadomo czytelnikom, przechodzę w życiu okres zielony, zaczęłam szyć zielone ubrania. Proces powstawania zielonej, koronkowej spódnicy, pokazywałam na Fejsiku, cały czas czeka na ładne fotki (jeszcze jej nie wkładałam). Po tej spódnicy powstały zieloniutkie spodnie wg wykroju z Burdy, ale one nie doznały zaszczytu udokumentowania, bo po prostu nie spodobały mi się i chyba będą używane jedynie podczas obierania kartofli. A trzecim zielonym tworem jest dzisiejsza bohaterka, spódnica - dzwoneczek.

Chciałam fason, który będzie gładko leżał na biodrach, ale będzie rozszerzał się na dole. Wymyśliłam krój złożony z sześciu mocno się rozszerzających paneli. Taki właśnie dzwonek. Zanim przystąpiłam do krojenia ślicznej dzianiny punto, dopadła mnie stara choroba, pt. "musi być na dole SZEROKO", zatem dorzuciłam godety. Ale takie malutkie. :)




Papierowy wykrój to był banał do wyrysowania, co nie oznacza, że obyło się bez poprawek. Otóż, wcale nie jest obojętne, w którym miejscu panel będzie się rozszerzał. Istotny jest także materiał, z którego powstanie spódnica. U mnie użycie stosunkowo ciężkiej dzianiny spowodowało, po pierwsze, że część karczkową muszę skrócić, a po drugie, zapasy na szwy są zbędne, bo wszystko ładnie się dopasuje.  Ale to wyszło podczas przymiarek. Nie wiem, czy wszyscy prawdziwi konstruktorzy potrafią przewidzieć z całą dokładnością wygląd gotowego ubrania zanim wyrysują pierwszą linię na papierze. Ja nie umiem i zawsze mam na koniec element zaskoczenia. I bardzo pracuję nad tym, żeby zaskoczenie nie wiązało się z rozczarowaniem.





Na wieszaku spódnica prezentuje się bardzo smętnie, jej dzwonkowatość znika, ale w sumie można było się tego spodziewać, punto przy całym swym ciężarze jest bardzo lejące i miękko się uklada. Godety właściwie nie robią różnicy, więc ewidentnie miały być jedynie wsparciem psychologicznym dla projektantki. ;)

A czy wiecie, jak trudno kupić zielony suwak? No, w Łodzi trochę za tym pochodziłam. Tutaj jest wszyty zwykły suwak (nie kryty), w sumie nawet chciałam, żeby był bardziej widoczny. Tak jakoś sobie uwidziłam.




Zdjęcia powstały w Piotrkowie Trybunalskim, który odwiedziłam ostatnio przejazdem. Trochę było chłodno, więc niestety nie czułam się na siłach pozbywać się kurtki, zresztą byłam tuż po okrutnym przeziębieniu. Wiem, trochę się powtarza stylówka z poprzedniego posta, ale ja zawsze robię zdjęcia "przy okazji", nigdy nie próbowałam bawić się w profesjonalne sesje i ostatnio właśnie tak się ubieram.









I patrzę sobie na te fotki i mrugam oczami, bo nie wiem - czy przypadkiem spódnica nie wymaga wyrównania na dole? :>  Jak sprawdzam na wieszaku, to raz wydaje się krzywa, a raz ułoży się tak, że żaden rąbek nie wystaje... Panele i godety mają różne promienie krzywizny i mogą różnie pracować, ale sama nie wiem. Chyba i tak to zostawię, jak jest, no, chyba że w gdzieś zrobi się ewidentny dziób.

A w ogóle, fason bardzo mi przypadł do gustu, więc już powstała kolejna panelowa spódniczka... Ale o tym następnym razem! :)





6 komentarzy :

  1. Pięknie! I stylówka świetna :) Ta spódnica żyje i szalenie mi się to jej życie podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć,
    Cały jej efekt widać przy chodzeniu. Wiatr nadaje jej charakteru :) Może lepszą robotę robiłyby godety w ciut ciemniejszym odcieniu?
    Pozdrawiam,
    Kasia

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie widzę różnicy w długości a fason bardzo fajny. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to dobrze, jak nie widać, to już się nie wpatruję na siłę. :)

      Usuń