wtorek, 26 września 2017

Tygrysy i zakładki



Okazuje się, że miłość do owerloka może znacząco się zwiększyć, jeśli rzeczony owerlok znajdzie stałe miejsce na biurku w gabinecie. :D Biurko ostatnimi czasy nie było intensywnie użytkowane, bo i tak wolę pracować na laptopie w dużym pokoju, a szyć to nawet bardziej. Pomyślałam, że dziadeczek Singer nie będzie zawadzał na tym biurku. I co się okazało? Jeśli nie muszę go zestawiać i wstawiać z powrotem i ciągle rozplątywać szpule z przędzą (które stoją obok, bo nie mieszczą się na stojakach), to chętniej do niego siadam. I tym oto sprytnym sposobem uszycie dwóch bluz w krótkim czasie nie stanowiło większego problemu.

Wykorzystałam wykrój na bluzę nr 2 z Ottobre 2/2017. Chciałam uszyć zastępstwo dla zniszczonej bluzy z Big Stara, więc dobrałam rozmiar, który dałby mniej więcej tyle samo luzu - wyszedł pomiędzy 44 a 46, postanowiłam skroić 46, ale w końcu skopiowałam 44, bo linie mi się pomyliły. ;) 


W pierwszej wersji ucięłam dół i zlikwidowałam zaokrąglone rozcięcia. Poszerzyłam również dekolt, żeby był bardziej podobny do tego w starej bluzie. Model miał być tak obszerny, że darowałam sobie kolejne modyfikacje. I taka bluza wyszła, o:







Dzianina to drukowana dresówka pętelka i muszę przyznać, że mam dylemat, czy zdradzać jej pochodzenie. Kupiłam ją w sklepie internetowym, którego wcześniej nie znałam, i o ile obsługa klienta, prezentacja towaru i ceny są bardzo zadowalające, tak sama dzianina po dekatyzacji straszliwie się poskręcała i przez to trochę materiału się zmarnowało. Razem z tą tygryskową zamówiłam wtedy pstrokatą, z której uszyłam sukienkę z tego posta, a także jeszcze jedną, która miała być pętelką, ale jest w ogóle dziwadłem niesamowitym. Do wszystkich trzech mam jakieś "ale" i dlatego nie podaję adresu internetowego, choć zazwyczaj robię inaczej. A może powinnam?

W każdym razie bluza powstała i wyszła akceptowalnie, a ponieważ owerlok cały czas stał w gotowości, to uszyłam drugą. :D 

Tym razem postanowiłam bardziej zaszaleć i przemodelowałam rękawy, dodając im zakładki w główce. Chciałam dzięki temu podkreślić obszerność tej bluzy, tak żeby wyglądała bardziej oversized, a przy tym miała jakiś czysto damski akcent. Przy okazji znów wycięłam nowy dekolt, tym razem szerszy, głębszy (o głębokości oryginalnego z Ottobre) i w kształcie miękkiego V.




  


Tym razem użyłam dzianiny interlokowej Punto Nylon z łódzkiego Włóknolandu, oznaczonej jako nowość i reklamowanej jako mniej skłonna do pilingu. Dekatyzację zniosła wzorowo, a czy zachowa nienaganny wygląd po dłuższym użytkowaniu? Skład jest obiecujący (wiskoza, poliamid, lycra), ale nie tylko surowiec wpływa na pęczkowanie niestety. Są też ważne jego parametry mechaniczne, ale to na marginesie.

Bluza wyszła faktycznie oversized. Rękawy przez zakładki zrobiły się ciężkie i rozciągają już i tak dość duży dekolt na boki, trochę tak chciałam, ale muszę się zastanowić, czy mi się ten efekt w 100% podoba. Muszę ją najpierw ponosić. 

I tyle moich przygód na dziś. :) A owerlok nadal stoi... zwarty i gotowy :)



środa, 6 września 2017

Spódnica trochę nieładna





Spódnica, model 129 (A, B) z Burdy 8/2016

Wykrój tej spódnicy wpadł mi w oko od razu ze względu na interesujące cięcia na przodzie. Burda obiecywała, że krój ma modelować sylwetkę, więc tym bardziej nabrałam apetytu na szycie. :) Wykroiłam wszystkie części już w zeszłym roku, zrobiłam jeden szew... i spódnica powędrowała do Wielkiego Pudła Nieskończonych Projektów, gdzie przeleżała do zeszłego tygodnia.




Kto nie za tego uczucia, kiedy po miesiącach wyciąga się swój projekt. Hmmm, co ja właściwie zamierzałam z tym zrobić? Szyć jak każe instrukcja? Modyfikować? A swoją drogą, czemu na Boga nie zapisałam, jaki rozmiar skroiłam??? Takie pytania zadaję sobie najczęściej. Brak zapisanego rozmiaru jest chyba najbardziej irytujący, podobnie jak zamieszanie z zapasami na szwy (kiedy szwy w jednym miejscu są na wykroju dodane a w innym nie, bo wizja przewidywała jakieś chytre i zjawiskowe sposoby szycia i wykończenia). Na koniec wzrok zawieszam na tkaninie i zastanawiam się, czy na pewno nadal mi się podoba i czy właściwie dobrałam ją do wykroju. Bywa, że właśnie materiał decyduje o niekończeniu roboty.




Tkaninę kupiłam dawno temu, prawdopodobnie na Allegro. Kiedy do mnie dotarła, na pewno mi się podobała, bo to taki dość cienki i lekko elastyczny, bawełniany dżins. Na zdjęciach nie widać, ale jest na nim nadrukowany czarny ornamentowy wzór, co dodaje mu odrobinę szyku. Jednak już podczas krojenia miałam mały kłopot z ułożeniem szablonów, bo ułożenie druku mijało się jakby z ułożeniem nitki prostej w osnowie. Poradziłam sobie z tym i wyglądało na to, że więcej kłopotów nie będzie. W końcu jak trudny do szycia może być dżins?




Jednak może być paskudem taki dżins, o czym przekonałam się po wydobyciu projektu z Pudła i próbach jego skończenia. Mimo zastosowania dodatkowych punktów stycznych i precyzyjnie odmierzonych zapasów na szwy (tu byłam pewna, że wszędzie mam 1,5 cm), części nie chciały się równo zszyć. Już pomijam fakt, że trzeba być masochistą, żeby zrobić tak duże zapasy do  szycia zaokrągleń - tylko utrudniają. Nawet spinanie szpilkami i fastrygowanie nie pozwoliło na uniknięcie w kilku miejscach prucia. Potem, kiedy już zszyłam cały przód, nie mogłam go porządnie wyprasować i nawet stębnowanie nie pomogło wygładzić niektórych zmarszczek. Wszystko to widać na zdjęciach. 

Na pocieszenie obrzucenie brzegów poszło bez większych problemów. Tym razem użyłam owerloka. :)





Na koniec, podczas przymiarki przed wszyciem paska i podwinięciem dołu, okazało się, że Burda miała rację, fantastyczne cięcia faktycznie modelują sylwetkę, a konkretnie wydatny brzuszek... Udało się zminimalizować efekt przez podniesienie spódnicy do góry - ucięłam 3 cm od góry i następnie zwęziłam spódnicę po bokach, bo obwód pasa się zwiększył. Ale zapał do szycia wtedy już bardzo ostygł.

Jednak skończyłam spódnicę, bo byłoby niepedagogiczne posłać ją znów do Pudła. Fason nadal mi się bardzo podoba. Tkanina i wykonanie - niekoniecznie. Wygląda mało schludnie, a jeśli nawet na wieszaku jest pomięta, to strach pomyśleć, jak się będzie prezentować po całym dniu noszenia. Mogę mieć pretensje tylko do siebie, wszelkie usterki tego ubrania to wynik moich nieprzemyślanych decyzji.

Cóż, każdy kiedyś zalicza skuchę. :)