piątek, 18 sierpnia 2017

Powrót do domu i jeszcze parę szmatek



Mój ulubiony środek transportu.

Każda podróż kiedyś się musi skończyć.

Powrót do Polski nastąpił jak zwykle nie w porę i zbyt wcześnie. Choć tym razem byłam już lekko znudzona, jednak było to spowodowane jedynie brakiem maszyny do szycia na podorędziu. :) 
Podróż na szczęście przebiegała trochę okrężną drogą, żeby jeszcze trochę pozwiedzać i odwlec moment pożegnania ze Skandynawią. I serio mam chyba szmaty zapisane w gwiazdach, skoro na pierwszym przystanku w podróży - szwedzkim Helsinborgu - znalazłam od razu dwa sklepy z tkaninami, choć specjalnie ich nie szukałam. Oba były już zamknięte (jeden miał przerwę wakacyjną) i chwała Bogu. Poza powyższymi Helsinborg posiada fantastyczny ratusz i przemiłe centrum z ogromem sklepów i knajpek. Bliskość Malmo sprawia, że mało się o nim mówi w internetach, sami z małżonkiem się zastanawialiśmy, czy nie lepiej właśnie pojechać do Malmö, ale koniec końców postanowiliśmy je zostawić na kiedy indziej. Tym bardziej, że z Helsinborga można się przeprawić do Danii promem, a promy to coś, co tygryski lubią najbardziej. :)


Okazała wieżyca pośrodku zdjęcia należy do ratusza.
  


Jedna z wielu knajpek w centrum Helsinborga. Nie widać tego, ale jest położona dokładnie naprzeciwko zabytkowego kościoła. Notabene kościół stoi na placu i cały jest otoczony knajpami i ogródkami barowymi i nie wygląda na to, by bliskość bawiących się ludzi obrażała czyjeś uczucia religijne.

Kolejny na trasie, duński Helsingør miał być zupełnie pominięty, bo głównym punktem programu była Kopenhaga, ale zaraz po przybiciu do portu wpadliśmy na pomysł, żeby rzucić okiem na twierdzę Kronborg - miejsce, gdzie Szekspir umieścił akcję "Hamleta". Rzucanie okiem w rezultacie trwało pół dnia, albowiem okazało się, że w zamku trwa przedstawienie na żywo i można oglądać poszczególne sceny sztuki w oryginalnych lokalizacjach! Nawiasem pisząc, okazało się przy okazji, że tak naprawdę nikt nie wie, czy Szekspir w ogóle odwiedził Kronborg - prawdopodobnie znał go tylko z opowieści swego asystenta. Twierdza była faktycznie siedzibą królów duńskich, dopóki jednemu nie znudziła się miejscóweczka i dał dyla do Kopenhagi. Prócz tego podstawowym jej zadaniem było pobieranie opłat od przejeżdżających przez cieśninę żeglarzy, a skuteczność ściągania kasy była duża dzięki armatom skierowanym na wodę. ;) Cóż, dzisiejsze bramki na autostradzie od razu wydają się bardziej przyjazne dla użytkowników - przynajmniej nikt z nich nie strzela!


Nie chciałabym być żołnierzem wroga i zdobywać tę chatę...

Duży domeczek, jednak jak mówią, sala balowa jest krótsza niż boisko piłkarskie. Ale chyba niewiele.

Kopenhaga mnie przeraziła. Po szwedzkich przestrzeniach ilość ludzi wtłoczona do stolicy Duńczyków była zatrważająca, a liczba rowerzystów jeszcze bardziej. Pasy dla rowerów są szersze niż dla aut! Jadąc samochodem strach jest skręcić w prawo, żeby nie spowodować kolizji z jakimś bicyklem... Po zaparkowaniu i przejściu kilkunastu kroków miałam ochotę dać sobie spokój ze zwiedzaniem i uciekać gdzie pieprz rośnie. Takiej odmiany Skandynawii raczej się nie spodziewałam, choć zdawałam sobie sprawę, że będzie tu bardziej europejsko niż choćby w Sztokholmie. Szwedzkie miasta, nawet popularne turystycznie, są raczej spokojne. Tu widoczny był wszechobecny pośpiech, hałas i zgiełk.


O ile pamiętam, to

Po dziesięciu minutach pobytu w stolicy moje nastawienie jednak uległo zmianie, albowiem znów trafiłam na szmaty. ;) Oczom mym ukazał się trzypoziomowy sklep Panduro Hobby. Wcale nie chciałam tam wchodzić, ale uległam namowom małżonka, który chyba bał się, że bez wspomagania humor nigdy mi się nie polepszy. Akurat była wyprzedaż tkanin Tilda, widziałam je wcześniej w Linköpingowym Panduro i zamarzyła mi się słodka sukieneczka na lato, jednak w końcu odpuściłam, bo ile można mieć tkanin... Tutaj promocja polegała na zakupie dowolnych 3 metrów za 100 duńskich koron (co daje 20zł za metr). Wybrałam wersję róże na ciemnym tle (na zdjęciu pierwsza z lewej) i już szłam do kasy, ale małżonek uznał, że mogłabym wybrać kolejne 3 metry w ramach "pamiątki z podróży". No to wybrałam dwa wzory po 1,5 metra i jeszcze dostałam pół metra kolejnego wzoru, bo sprzedawczyni nie zgadzały się centymetry (bo brałam resztki). Tym sposobem z Danii przywiozłam 6,5 metra szmat i to tylko i wyłącznie z winy małżonka, więc ewentualne oskarżenia o szmatowy zakupoholizm proszę kierować do niego.


Patrząc na ceny tkanin Tilda w Polsce, to chyba zrobiłam dobry interes. No i kurczę, śliczniutkie są te wzorki <3 br="">

Po epizodzie w Panduro Kopenhaga nabrała właściwych barw... nie, tak serio, nie wiem, co jest z tym miastem, że powoli wkradło się do mojego serca. Połaziliśmy z małżonkiem po niewielkim skrawku centrum, zjedliśmy kebaba w bułce, wypiliśmy kawę i na nic więcej nie starczyło czasu, trzeba było jechać na nocleg a następnego dnia rano ruszyliśmy w kierunku na Rostock i do Polski i Dania pozostała daleko za nami. Co takiego jest w tej bałaganiarskiej Kopenhadze, że zaraz po otworzeniu drzwi własnego mieszkania, zamiast tęsknić jak zwykle za Szwecją, myślę o podróży do Danii? Co takiego tam zobaczyłam, czego sobie nie uświadamiam, ale okazało się wystarczająco ważne, by zapomnieć o tym całym ludzkim bałaganie na ulicach i chcieć tam zaraz wrócić? Kiedyś będę musiała to sprawdzić...
 
Tymczasem od kilku dni jestem już w moim polskim domu.  Reasumując całe wakacje, nazbierałam mnóstwo szmatek, wyjątkowo dużo, nawet jak na moje standardy. W poprzednim poście pokazałam łupy z Ohlssonsa - tuż przed powrotem do Polski dokupiłam jeszcze kilka. ;)  Rozciągliwy żakard z przewagą wiskozy w składzie i absolutnie piękny, lekko kreszowany poliester w obłędny kwietny wzór:







Ale, ale :D to jeszcze nie koniec... upolowałam w końcu tkaninę z 50% zawartością tencelu, dzięki czemu będę mogła w końcu przebadać w praktyce te nowe, ponoć ekologiczne włókno i coś o nim opowiedzieć. No i jeszcze wspomnę o kilkunastu szmatkach ze szwedzkich secondhandów, które nie są specjalnie fotogeniczne, ale jakościowo bez zarzutu, o przyborach do szycia wypatrzonych na jarmarku i kilku ręcznie robionych koronach... I to by było na tyle w kwestii tekstylnych "pamiątek z podróży". :)



wtorek, 1 sierpnia 2017

"Ohlssons, prawdziwy sklep z tkaninami"





Tekstylia to w moim domu jedna z najbardziej praktycznych pamiątek z podróży - skoro jestem włókiennikiem i do tego szyję i dziergam, to różnorodne szmatki zawsze się do czegoś przydadzą. Materiały szwedzkie, nawet jeśli jak wszystko inne zostały wyprodukowane w Chinach, są zazwyczaj mocniejsze, szlachetniejsze, grubsze. Dlaczego? Kiedyś znajomy, który prowadził tekstylny interes w Polsce, powiedział, że ludzie patrzą przede wszystkim na cenę - ma być jak najtaniej! A jeśli tak, to nie ma cudów, okrojenie ceny skończy się okrojeniem jakości. W Szwecji ceny są wysokie i być może łatwiej zmieścić w nich wyższy koszt wytworzenia. Z drugiej strony, na rynku tkanin z metra nie ma dużej konkurencji, więc teoretycznie można by sprzedawać chłam. Tymczasem chłamu nie ma. Może Szwedzi po prostu lubią porządne rzeczy i nie przyszło im do głowy kombinować na tym polu?

Sklep Ohlssons odkryłam kilka lat temu, przypadkiem, bo witryna zapowiadała sklep z pościelą. W środku znalazłam raj dla tekstylnego świra. Od tego czasu podczas każdego pobytu staram się coś wyłapać dla siebie. Można trafić na dobre przeceny, wtedy cena niektórych materiałów zrównuje się mniej więcej z polską, więc nie ma tragedii finansowej. Czasem jest jeszcze taniej, szczególnie podczas letnich i zimowych wyprzedaży. Dodatkową gratką jest dział z resztkami na wagę, przy czym resztki oznaczają kawałki nie mniejsze niż 1 metr i wtedy jednostkowy koszt zakupu w przeliczeniu na złotówki może być nawet poniżej 10 zł. Mówimy o pełnowartościowym towarze, oczywiście! I znów wraca pytanie, jak Szwedzi kalkulują swoje ceny... ;)

No dobrze, to teraz przejdźmy do moich łupów.





Najbardziej lubię przeszukiwać cienkie tkaniny sukienkowe ze względu na wzory i kolory. Grzebanie w feerii barw i miękkości nowoczesnych tkanin jest po prostu przyjemne, choć to przede wszystkim poliester. Ale jaki! Staram się łapać krepy, bo przepięknie się układają, ale innymi też nie ma co gardzić. W Polsce zgromadziłam już pewien zapas (i boję się coś z niego uszyć i nie daj Boże popsuć... hmm). Teraz dokupiłam kolejne widoczne na zdjęciu poniżej: splotu tkaniny po lewej nie rozszyfrowałam, jest jedwabista w dotyku, ale ma jakąś delikatną, krepową chropowatość, ledwie zauważalną. Jest jej ogromna ilość, więc skończy najprawdopodobniej jako sukienka maxi.




Tkanina z prawej to typowa krepa. Zastanawiałam się tydzień nad nią, ale kolorystyka w końcu mnie przekonała, bo chyba mi nieźle w cytrynowo-limonkowych odcieniach. ;) W zbliżeniu widać lepiej jej nieregularną strukturę.





Zwyczajna dzianina bawełniana, jednostronnie drapana. Gruba. Wzięłam ją, choć w Polsce pewnie gdzieś w sklepie internetowym znalazłaby się podobna, ale tu mogłam zobaczyć na żywo, co biorę. Uszyję z tego sukienkę, w której prawdopodobnie umrę z gorąca, chyba że wysiądzie zimą ogrzewanie. Nie no, serio, dla takiego antyfana ubierania na cebulkę jak ja grubsza sukienka pozwala uniknąć zimą kłopotliwych, dodatkowych warstw odzieży.




Dzianinowa koronka, również grubsza. W rzeczywistości jest ciemniejsza i chyba wpada lekko w brąz. Nie byłam do niej przekonana, bo wyglądała w sklepie na spraną. Nie jest mocno przezroczysta, raczej mięsista i gdyby zechcieć uszyć z niej bluzkę, to można by było obyć się bez podszewki. Do sukienki lub spódnicy jednak przyda się jakiś spód, może w podobnym odcieniu albo dopełniającym? Może z błyszczącej satyny?






Cienka dzianina lewoprawa z bawełny. Czyli jersey (lub dżersej). Czarno-szaro-granatowa i z podejrzanym połyskiem. Ciekawa jestem, skąd to lśnienie, ale zdziwiłabym się, gdyby pochodziło od procesu merceryzacji. Ale gdyby tak było, to byłoby super, bo bawełna merceryzowana to to, co tygryski lubią. :) Po co mi targać ze Szwecji zwykły jersey, jeśli w Polsce jest go zatrzęsienie? Ano, nie mam zaufania do tego polskiego. W czym jest problem? W skrzywiających się szwach w gotowych ubraniach. Proszę nie wierzyć, że skrzywione szwy to skutek cięcia  wykroju po skosie. Gdyby tak było, nie można by szyć żadnych ciuchów składających się z części innych niż prostokąty. Słynne skrzywiające się szwy w tiszertach to wina samej dzianiny. Dlatego jersey staram się kupować w zaufanych sklepach internetowych lub po obejrzeniu go na żywo. Staram się obejrzeć ułożenie oczek w dzianinie - to ono odpowiada za skręcanie szwów. Często oczka są na tyle malutkie, że bardzo trudno je niestety ocenić - wtedy trzeba zaryzykować albo po prostu odpuścić zakup.




Zagniecenia wcale a wcale mi się nie podobają, ale ten kupon leżał długo skłębiony wśród innych kawałków i mógł się pognieść. Mam nadzieję, że po praniu nabierze ogłady. :) 




Wszystkie powyższe materiały wykonane są ze zwykłych, "klasycznych" włókien, ale w Ohlssons jest też kilka tkanin z modalu i cupro. Szukałam czegoś z włókien lyocell, ale nie znalazłam... Wszystkie te włókna (modalne, cupro i lyocell) to kuzyni włókien włókien wiskozowych, różnią się sposobem wytwarzania. W przypadku włókien typu lyocell, których nazwa handlowa to tencel, ubrania z nich wykonane opatrywane są etykietką "ekologiczny", bo produkcja mniej obciąża środowisko niż w przypadku wiskozy. Chciałam sprawdzić, jak się noszą - niestety nie znalazłam nic odpowiedniego. Może następnym razem. :)




P.S. "Ohlssons, prawdziwy sklep z tkaninami" to tłumaczenie hasła reklamowego sklepu ("en riktig tygaffär").
P.S.2. Mają sklep internetowy, ale wysyłają tylko na teren Szwecji...  Trochę szkoda.


poniedziałek, 24 lipca 2017

Pstrokata w Söderköping





Weekend spędzony w podróży po okolicznych miasteczkach letniskowych. Takie Söderköping. Przystanek dla jachtów pływających po słynnym kanale Göta. Kiedyś już było na blogu. :) Podobno jest tam świetnie wyposażony sklep z tkaninami, ale znalazłam go za późno, kiedy już wróciłam do domu. Może i dobrze... ;) Miasto dobrze na mnie wpływa, choć najadłam się słodyczy za wszystkie czasy - najpierw ciasto w kawiarni Farmors (nazwa oznacza babcię od strony ojca), potem najsłynniejsze szwedzkie lody rzemieślnicze w lodziarni Smultronstället ("Tam gdzie rosną poziomki" - jak film Bergmana). Aż dziw, że na zdjęciach nie wyglądam jak stodoła!

Muszę powiedzieć, że pstrokata kiecka sprawdza się super. Może mogłaby być o rozmiar mniejsza, bo dzianina dresowa mocno się naddaje. No i dawno nie czułam się taka kolorowa. :)))



















środa, 12 lipca 2017

Migawki z Linköping





Znowu Szwecja!
A przecież mogłam siedzieć w Polsce. Na pewno znalazłoby się mnóstwo spraw, których należałoby dopilnować. O coś się jeszcze postarać. Porobić dobre wrażenie na dowolnie wybranych autorytetach. Ale kiedyś w końcu trzeba powiedzieć sobie dość, spakować walizkę i wynieść się do bardziej przyjaznego środowiska. 

Straciłam rachubę, który to już raz odwiedzam Linköping. Już dawno minął mi pierwszy i drugi zachwyt widokami. Czystością na ulicach. Designem i architekturą. Ogólnym uporządkowaniem przestrzeni. Ale i tak napawam się tym wszystkim  po raz kolejny. Idę osiedlem pastelowych domków wielorodzinnych i po chwili trafiam na zieleń, wodę, nenufary, przysiadam na ławce albo idę dalej do przybrzeżnej kafejki obok śluz na kanale Kinda. Ktoś z obsługi kafejki jednocześnie pracuje przy śluzach, otwiera je dla przepływających żaglówek. Kawa jest zwykła z ekspresu, ale dolewki są za darmo. Mogę też pójść w zupełnie inną stronę, bardziej w stronę centrum miasta, drogą koło budowy i blisko straszliwej wieży ciśnień, położonej na zalesionym wzgórzu. Koło ścieżki rosną jagody, ale małe i kwaśne. Za to kilkanaście metrów dalej dzika wiśnia częstuje zaskakująco słodkimi owocami. Idę dalej, wkraczam na kolejne osiedle, to chyba te, o którym pisał Mons Kallentoft w swoich kryminałach. Osiedle lekarzy, naukowców. Tutaj podobno zadzierają nosa. Idę bez onieśmielenia, znów kolejna rzeczka, przechodzę przez mostki, ktoś ma willę na zboczu, z ogródkiem kończącym się w wodzie. Po drugiej stronie zabudowania wydziału medycznego uniwersytetu i szpital. Skwer z łopianami o liściach kilkukrotnie większych niż jakiekolwiek łopiany w Polsce. Tuż za przejściem dla pieszych jest już ścisłe centrum. Kolejny park...





 







Siedziałam sobie w Espresso House na latte i cieście (mud cake z bitą śmietaną, to takie czekoladowe ciasto z zakalcem, serio ma zakalec :)). Nieopodal siedzieli, hmmm... można by użyć słowa wytrychu - imigranci. Obcojęzyczni, o śniadej skórze. Jeden z nich w pewnym momencie zapalił papierosa, dym był obrzydliwy, zakasłałam. Kątem oka dostrzegłam, że facet zauważył mój niesmak i chyba potem już pilnował, żeby zapach do mnie nie docierał. Miło było.



niedziela, 2 lipca 2017

Romantyczność





Jeśli już wybieram jakiś wykrój, z Burdy czy tam innego źródła, pracowicie rozdzielam (lub sklejam) arkusze, kicam po podłodze, żeby odrysować części i dorysować do nich zapasy na szwy... to staram się wykorzystać go więcej niż raz. Tym bardziej, jeśli jest prosty i daje możliwości modyfikacji. Tym sposobem zielona sukienka z Papavero zyskała dwie siostry (jedną czarną, drugą szarą, każda inna - kiedyś je pokażę, gdy pogoda będzie bardziej adekwatna). Pstrokata sukienka z poprzedniego posta również poprosiła o rodzeństwo, więc mamusia stworzyła alternatywę. Tak romantyczną, że aż strach. :)




Materiał leżakował u mnie chyba z pięć lat (ale nie jest rekordzistą, o nie!). Wynalazłam go podczas pobytu w Szwecji, w jednym z ulubionych szmateksów. Jakoś nie zniechęcił mnie syntetyk w składzie, nadruk prezentował się uroczo, a dodatkowo była promocja na tekstylia -50%. Czekał na odpowiedni wykrój, odpowiedni moment. W zeszłym roku już prawie wpadł pod nożyczki, nawet zdekatyzowałam go, ale wtedy zrobiło się już zimno i znów szycie przesunęło się w czasie. W końcu przyszła kryska na Matyska. :) Okazało się, że choć to krepa szyfonowa, to jednak w obróbce nie sprawia zbyt wielu kłopotów i szycie szło szybko. Na konieczną tym razem podszewkę wynalazłam w zapasach coś w rodzaju bawełniano-poliestrowej kieszeniówki w kolorze ecru - uznałam że jakaś część z naturalnego włókna przyda się dla komfortu.




Tym razem, zamiast poprzecznego paska z tyłu, doszyłam troczki z cienkiej koronki. Tak naprawdę kolor koronki nie do końca pasuje do szyfonu, koronka jest w kolorze ecru a szyfon ma odcień czegoś ecru-zielonkawego. Uznałam jednak, że dobranie odcienia kosztowałoby mnie pewnie życie poszukiwań, więc lepiej nie wnikać w niuanse kolorystyczne i wykorzystać to, co się ma.





Oczywiście kieszenie też są. :)

Kiedy sukienka była gotowa i ją przymierzyłam, okazało się, że... jest nie do końca fajnie... szwy jakoś źle się układały... podszewka czepiała... i wszystko było jakieś kuse... Tylko że nic nie mogłam już nic z tym zrobić, musiałam ją włożyć, bo za dwie godziny szłam na ślub.




A na ślubie było pięknie! Panna młoda miała na sobie wspaniałą sukienkę Mility Nikonorov - projektantki z pierwszej edycji Project Runway. :) Pan młody zadawał szyku w świetnie skrojonym garniturze w kolorze głębokiego lazuru.  Miło było na nich popatrzeć. 
A po powrocie do domu spojrzałam  w lustro i stwierdziłam, że ta moja kiecka może nie jest aż taka zła i niewygodna. W sumie - nie przeszkadzała mi podczas uroczystości. A i pomarszczone szwy magicznie zniknęły! 

Jednakże - jeśli ktoś chce szyć tę sukienkę z tkaniny - niech rozważy taką z dodatkiem lycry lub elastanu. Dla przypomnienia, mówimy wciąż o modelu 115 z Burdy 4/2016.