Prawie zawsze mam ambiwalentne odczucia względem projektów, które właśnie skończyłam, niezależnie czy chodzi o gotowanie zupy czy szycie ubrania. Rzeczywistość rzadko w stu procentach odpowiada początkowym wyobrażeniom, czasem w trakcie pracy trzeba zmienić założenia (bo zabrakło marchewki do zupy albo nie można znaleźć odpowiedniej podszewki) i spódnica musi mieć inne wykończenie), a czasem bierze górę niecierpliwość, zmęczenie, brak motywacji, znudzenie... wszelkie te powody, które mieszają w głowie odbierają pewność ręce i skutkujące czasem słabo przyprawionym daniem, a czasem krzywym szwem.
Bliscy najczęściej nie rozumieją moich uczuć. Zupa jest smaczna a spódnica śliczna. Nie słuchają moich tłumaczeń, że "miało być inaczej", albo "popatrz, przecież tu ewidentnie poszłam na łatwiznę i słabo to wygląda", kończąc na quasi błagalnym "NAPRAWDĘ TEGO NIE WIDZISZ???". Ano, okazuje się, że nie widzą a ja dowiaduję się, że przesadzam z samokrytyką i powinnam w końcu odpuścić. Ale czy na pewno?
Jesteśmy wszyscy przyzwyczajani do obniżania jakości. Gotujemy z łatwych w obróbce półproduktów i zapominamy, że istnieją świeże zioła i warzywa, które mogą się obejść bez vegety. Tysiące sieciówkowych marek osiąga olbrzymie dochody, choć oferują ubrania słabej jakości, zarówno jeśli chodzi o tkaniny, z których są szyte, jak i samą jakość szycia. Z jednej strony, to nie jest całkiem złe zjawisko, bo kiedy widzimy, że coś możemy osiągnąć stosunkowo niskim kosztem - wydziergać szalik, upiec francuskie rogaliki z gotowego ciasta - to chętniej to robimy a łatwość pokonania pierwszej poprzeczki podtrzymuje zainteresowanie samodzielnym robótkowaniem. Z drugiej strony - czy istotą rękodzieła nie jest staranność wykonania, jakość nieporównywalna z fabryczną i pewna unikalność wywodząca się z charakterystycznych cech naszej osobowości? Dążenie do ideału jest chyba wpisane w image twórcy.
Wysoko postawione cele mogą demotywować i często cierpię z tego powodu ;) ale ulgę przynosi zmiana podejścia. Twórczość (tfu! rczość;)) powinna być swoistą ścieżką rozwoju. To wyimaginowane dzieło, które zrobimy za rok, na pewno będzie lepsze niż to, które tworzymy dziś. Natomiast dziś jesteśmy lepsi niż wczoraj a nasze dzieło jest po prostu dokument z chwili obecnej. Nie musi być lepsze, bo jest wystarczająco dobre. :) Z biegiem czasu będziemy coraz bogatsi w wiedzę i doświadczenie. Ułóżmy własny, prywatny system ISO, którym będziemy oceniać jakość naszych prac, ale bez nadmiernej presji. W końcu, jak mawiał Bernard Shaw, ideały są jak gwiazdy - jeśli nie można ich dosięgnąć, trzeba się przynajmniej według nich kierować. :)
A tymczasem zdjęcia spódnicy kloszowej w trakcie szycia. Kupiłam jakiś czas temu w internecie kupon wiskozowego szantungu, który na żywo okazał się inny, niż się spodziewałam. To znaczy - szukałam tkaniny identycznej do szantungu, który już posiadałam, ale mój miał w składzie wiskozę z lnem i lajkrą a ten miał wiskozę i lajkrę bez lnu... Przeoczyłam ten drobiazg i po obejrzeniu nabytku na żywo musiałam zarzucić pomysł na spódnicę z zakładkami - bez lnu tkanina nie ma ciężaru i zakładki nie spływałyby po figurze wystarczająco gładko (choć generalnie szantung i zakładki nie wykluczają się wzajemnie, jednak moja wizja miała swoje założenia). Tkanina poszła na półkę aż po dwóch miesiącach wróciła, by stać się spódnicą z pełnego klosza - tu jej lekkość nie będzie przeszkadzać, bo klosze mogą mieć pewną objętość i nie dodają tym kilogramów.
Jednym słowem, moje standardy ISO bardzo surowo określają dobór tkaniny do projektu. ;) A spódnica zapowiada się niezwykle prosto i zwyczajnie, choć postanowiłam nie wykańczać jej zygzakiem w żadnym miejscu - używam tylko ściegu stębnowego, stosuję szwy francuskie i inne sposoby ukrycia ciętego brzegu.
Oczywiście już teraz marudzę, bo coś poszło nie całkiem prosto...
Przy okazji prezentuję nowe tło zdjęć, czyli świeżo złożoną szafę z wyszukanym w necie gałkami ceramicznymi wymalowanymi w pastelowe kropki. Sama takie gałki wymyśliłam i wyjątkowo zrealizowany pomysł mi się podoba!