sobota, 17 marca 2018

Jeśli mnie nie ma, to i tak trochę szyję





Powiedzmy sobie wprost: ja o owerlok to nie jest na razie dobrana para. Precyzja, jaką wyćwiczyłam na zwykłej maszynie do szycia, w przypadku szycia dzianin na owerloku nie znajduje miejsca. No dobrze, można uszyć bluzę szybko, Taaak, zszywanie i obrzucanie za jednym zamachem przemawia do wyobraźni. Ale nierówne szwy są faktem dokonanym i trudno czasem naprawić błędy, jeśli jednocześnie noże podocinały materiał tu i ówdzie. ;) 

Ogólnie męczą mnie późnozimowe bolączki. Nie mam się w co ubrać. Przez ostatnie miesiące (a może już lata) próby zakupów ubraniowych kończą się tak samo, czyli skrzywioną miną i wyjściem ze sklepu.  Jeśli mam kupić skrzywioną na szwach koszulkę z latającymi nitkami, to w zasadzie mogę podobną wyprodukować w domu i być może wyjdzie taniej. Czy przyjemniej to zależy. Jedyny problem to brak czasu. Plany szyciowe mnożą się, całkiem konkretne, ale co z tego, skoro doba nie chce się rozciągnąć do 36 godzin co najmniej? A tymczasem szafa zamienia się w zbiorowisko łachów z biletem w jedną stronę na śmietnik. Co gorsza, okazuje się, że jeśli własnoręcznie wykonaną rzecz nosi się często, to taka rzecz również ulega zniszczeniu. Na przykład moja bluza w tygryski z zeszłorocznej jesieni właśnie umiera, bo czarny nadruk po dwóch praniach zabrudził białe elementy i dzianina cały czas wygląda na zabrudzoną. Ech. Z kolei moja zielona sukienka nabyła trwałą plamę na krawędzi spódnicy. Ech razy dwa.




W ramach odbudowywania garderoby uszyłam  bluzę. Wzięłam dzianinę punto o ciekawym składzie: 70% włókien poliamidowych, 25% wiskozowych, 5% lycry. Ciekawe, bo w podręcznikach poleca się dokładnie odwrotną proporcję poliamidu i wiskozy, dlatego że to wiskoza zazwyczaj odpowiada za komfort użytkowania - chłonie wilgoć i jest mimo wszystko z naturalnego surowca. Poliamid to syntetyk i zazwyczaj cieczy nie wchłania w wystarczającym stopniu. Ale trzeba pamiętać, że cecha włókna to jedno, a cecha dzianiny to drugie - splot dzianiny, wygląd i struktura przędzy mogą wiele zmienić w odczuciach użytkownika. Te moje punto jest bardzo miłe w dotyku i miękkie, nie przypomina w chwycie punta poliestrowego. Wiecie, że poliamid był pomyślany jako zastępca wełny? Coś w tym jest, choć największą karierę zrobił pod postacią nylonowych pończoch. :)




 Bardzo fanie szyje się poliamid. Wspaniałe jest to, że bardzo łatwo można go ukształtować żelazkiem, wystarczyć ustawić je na jedną kropkę i dać trochę pary, wszystkie zmarszczki ładnie się wymodelują. i wyprostują. Dzianinę wzięłam standardowo z Tesmy, mają tam więcej kolorów i myślę nad dokupieniem czerwieni lub zieleni, czegoś weselszego na wiosnę.





Swoją drogą bluza miała wyglądać trochę inaczej. Miała mieć falbanki i trochę inny krój rękawów, ale okazało się, że na takie zbytki potrzeba dobre pół metra więcej materiału. To może następnym razem. :)  Tymczasem na stole jest już skrojona bluzka w baloniki. Będzie miała dekolty z przodu i z tyłu. Już niedługo wiosna! Teraz może być już tylko lepiej, prawda?





poniedziałek, 29 stycznia 2018

Koronkowy początek roku





Wszyscy już pewnie zrobili podsumowanie starego roku i listę postanowień na nowy rok, a u mnie pustki. Nie, żebym nie miała o czym pisać, mam. Nie, żebym nie miała o czym pisać, mam. Tylko często przychodzi mi na myśl, że brakuje tu, w internecie, miejsca dla mnie. Nie szukam taniej popularności. Nie mam zamiaru sprzedawać bloga za lajki i zmieniać się pod dyktando trendów. Blogerzy stali się niewolnikami cyferek. Ilości wyświetleń, komentarzy, polubień na Fejsiku. A gdzie się podziała bezpretensjonalna radość tworzenia? Każdy chce uchodzić za eksperta, produkując porady, tutoriale, marząc o współpracy z jakąś znaną firmą. Bloger-człowiek zmienia się w blogera-tubę sponsorów. 
Nie lubię też na blogach takiego lukrowanego dobrego humoru i optymizmu kojarzącego mi się z sesjami u coacha, który każe być zawsze kreatywnym, widzieć szklanki do połowy pełne i absolutnie każdy błąd pokazywać jako szansę nauki na przyszłość. Chciałoby się zapytać, czy przypadkiem bloger nie zażył przed pisaniem posta środków poprawiających nastrój.  Ale może to ja mam problem z nieustającą dysforią, nie wiem. :)




Miniony rok był ciężki i bardzo intensywny. Chyba jestem z niego zadowolona. Uszyłam zaskakująco dużo rzeczy, zważywszy że wcale nie miałam na szycie dużo czasu, a nieraz nawet maszyny pod ręką zabrakło (na wyjazdach, zaplanowanych i nie). Nie wszystko jest udokumentowane na blogu. Tworzę ubrania i chodzę w nich, ale jakoś umykam zdjęciom. :) 

Za to kupowanie tkanin i dzianin idzie mi fantastycznie! Ze Szwecji przywiozłam zbiory zahaczające o granice zdrowego rozsądku, ale i tak potem dołożyłam do nich pamiątkę z Mariboru i mnóstwo zdobyczy z polskich sklepów. Myślę, że większość osób po zobaczeniu rozmiarów mojej kolekcji zemdleje. :D Możliwe, że i jak w końcu poczułam lekki przesyt. Do czasu, gdy odkryłam łódzkie koronki.




Jak na obdarzoną uczuciem lokalnego patriotyzmu łodziankę, wykazałam się niezłą ignorancją nie znając wcześniej firmy Fako. Chociaż nie, kojarzyłam nazwę, ale bardziej z klasycznymi firankami, których obecność w moim życiu skończyła się wraz z pożegnaniem mojego domu rodzinnego. :)  A zakład tymczasem istnieje  od kilkudziesięciu lat i produkuje nie tylko firanki, ale także niesamowite koronki odzieżowe, które są tak fajne, że  ponoć można je nawet zobaczyć na wielu naszych celebrytkach, a także podejrzeć w modowych pismidłach. I ja o tym do grudnia nie miałam zielonego pojęcia! Ale jak już nabrałam pojęcia, to natychmiast zaopatrzyłam się w kilka wzorów (a jest ich setki, życia by nie starczyło, żeby je wszystkie przeszyć). I te oto koronki są prawdziwymi bohaterkami pierwszego posta w 2018 roku. Czy nie są ładne? Choć puryści surowcowi będą kręcić nosem, bo to czysty poliester. Zawsze można dodać naturalną podszewkę, a przynajmniej kolor nie będzie zbyt szybko płowieć. :)




Postanowień noworocznych nie robię, aczkolwiek z tych koronek chcę coś uszyć, nie mogą zalegać w nieskończoność w pudłach. Muszę tylko znaleźć odpowiedni fason i coś pod spód - może w tym samym odcieniu, a może kontrastowym? Zobaczymy. :)

A inne postanowienie, z którym noszę się od dawna, więc trudno je podciągnąć pod styczniowe rezolucje, to zmiana nazwy bloga. "Tfurczy" pisany z błędem przestał już dawno mnie bawić, zresztą czasem wbrew intencjom był brany na poważnie i to było zupełnie bez sensu. Bo co za twórczość tu prezentuję, żeby o TWÓrczości gadać? To jest taka "tfu" tfurczość, eee twórczość. Ale dowcip się przejadł i pojawi się nowa nazwa. Nie wiem jaka. Nie mogę się zdecydować. :) Ale jak się pojawi, to się nie zdziwcie, to będę nadal ja. :)



niedziela, 5 listopada 2017

Idealny sklep z tkaninami



Żakardy i druk kupione stacjonarnie w Szwecji. Jakość bez zastrzeżeń. Sama wybrałam, sama ucięłam, w kasie nikt nie sprawdzał, czy podany przeze mnie metraż nie jest przypadkiem zaniżony. Takie zaufanie. :)

Od razu powiem, że idealnego sklepu dla szmatoholików nie znam. Uprzedzam, gdyby ktoś wpadł tu jedynie po to, by poznać adres tego ideału, a nie przedzierać się przez potoki tekstu. :) To nie jest również tekst sponsorowany, a jeśli wspominam jakiś konkretny sklep, to tylko w celu uwiarygodnienia przekazu. Mojego osobistego.

Od lat kupuję materiały, możliwe że z zakupów uczyniłam coś w rodzaju pobocznego hobby. Przez ten czas przerobiłam kilkanaście (a może kilkadziesiąt?) miejsc z tekstyliami i co nieco mogłabym o nich powiedzieć. Tym bardziej, że przez kilka lat stałam po tamtej stronie - miałam własny sklep z włóczkami. Po wszystkich zdobytych doświadczeniach zrobiłam listę kluczowych rzeczy, które decydują o satysfakcji z zakupu. Żebym zostawiła gdzieś pieniądze, powinny się spotkać razem:
  • kompetentny, uprzejmy personel (a przynajmniej nie przeszkadzający, szczególnie w sklepie stacjonarnym),
  • rzetelnie opisany towar dobrej jakości.
Cała reszta, taka jak:
  • w sklepie stacjonarnym - np. płatności kartą, lokalizacja, ceny...
  • w sklepie internetowym - wybór sposobów wysyłki, płatności, możliwość kontaktu mailowego i telefonicznego, ceny ;)
nie pomoże, nawet jeśli jest najdoskonalsza, jeśli sklep sprzedaje chłam. Sorry. Nie wspominam przy tym o takich oczywistościach, jak dokładne dane firmy w przypadku zakupów internetowych, bo to po pierwsze jest regulowane przepisami, a po drugie z firmą krzakiem interesów się z definicji po prostu NIE ROBI.


Dzianiny dresowe z polskiego sklepu internetowego. Każda opisana jako dresówka, każda inna, również jakościowo. Ten czerwony melanż do dziś budzi we mnie wątpliwości, co to właściwie za typ materiału - ok, jest dzianiną, ale mało pasuje do świeżo w internetach ukutej kategorii "dresówka". Ciężko nawet zobaczyć na spodniej stronie pętelki (może ich nie ma w ogóle?) Cóż, wszystkie już są zmienione w ubrania. Stawiam, że nie pożyją długo.

"Pani, to ten sam kolor, znam się, bo jestem włókiennikiem"


Kocham sprzedawców. Powyższą wypowiedź usłyszałam od sprzedawczyni w sklepie osiedlowym. Usiłowała mi sprzedać nici o różnych odcieniach twierdząc, że są identyczne, a potem wcisnęła mi chińskie nici zamiast markowych Ariadny rzucając "jakoś sobie pani musi poradzić". Zaparło mi dosłownie dech w piersiach. Przez chwilę chciałam jak mała dziewczynka tłumaczyć się, że przecież JA TEŻ jestem włókiennikiem, robiłam nawet receptury barwierskie i generalnie raczej nie jestem daltonistką, ale wybrałam drogę ucieczki. Tym bardziej, że usłyszałam również coś o moich nadmiernie puszystych włosach (przepraszam - przyszłam prosto od fryzjera i do tego wiał tego dnia porywisty wiatr, jasne, że też z mojej winy). 
Ja rozumiem wszystko, wstanie lewą nogą, PMS, złą pogodę, niskie ciśnienie i brak perspektyw na awans sprawiają, że kiedy przychodzi klient, sprzedawca nie tryska radością życia. Ale nic nie usprawiedliwia niekompetencji i zwykłego oszukiwania, a podpieranie takich praktyk swoim wykształceniem jest zachowaniem godnym pożałowania. Papier to nie wszystko. Świadczy jedynie o tym, że ktoś przez 3-5 lat regularnie zdawał egzaminy. Potrzeba jeszcze, by ten ktoś zrozumiał, czego się nauczył i umiał wykorzystać wiedzę w praktyce, a z tym to już bywa baaardzo ciężko. Może się okazać, że osoba bez papierów ale z autentyczną pasją i doświadczeniem będzie bardziej pomocna. Aczkolwiek jakieś minimum teorii by się przydało: kiedy pytam o krepę satynową, to spodziewam się, że sprzedawca będzie umiał ją pokazać, nawet jeśli tkanina ta funkcjonuje jako satyno-żorżeta. Ostatnio jednak unikam takich pytań. Aby jakoś funkcjonować na rynku detalicznym tekstyliów, trzeba nauczyć się żyć z potocznym nazewnictwem (jersey w końcu brzmi fajniej niż "dzianina lewoprawa") i ewentualne pomyłki brać na klatę. 
W sklepach internetowych kontaktuję się ze sprzedawcą bardzo rzadko. Musi być specjalny powód. Raz dzwoniłam do Tesmy, żeby poskarżyć się na krzywo przycięty panel. Mieli oddzwonić następnego dnia... czekam na ten dzień od lutego. ;) Stacjonarnie jest prościej. Lubię chodzić do łódzkiego Włóknolandu, jest tam miły pan z jeszcze milszą panią i ich rady są zwykle słuszne i nie muszą przy tym machać dyplomami, żeby do swoich racji przekonać. Sympatycznie jest też wtedy, gdy można w sklepie pobuszować bez nawiązywania kontaktu z obsługą. Tak jest na przykład w Szwecji, bo Szwedzi mają ambiwalentne podejście do socjalizacji i jak nie muszą, to z ludźmi nie gadają. ;) W Ohlssonsie można łazić między półkami do znudzenia i bawić się we własnym zakresie, bo wszystkie belki są opisane pod względem surowca i wiadomo, na co się patrzy. Pani (lub pan!) przy kasie najwyżej powie dzień dobry i ewentualnie przy zapłacie upewni się, że nie potrzeba nam pasujących nici. Bywa też doskonale zorientowana w asortymencie, zapytana o lyocell, jeśli nie będzie go miała, wskaże alternatywny modal (oba surowce powstają na bazie celulozy, jak wiskoza). Dlatego właśnie za każdym razem, kiedy odwiedzam Ohlssons, bardzo ich chwalę (a oni, jak to Szwedzi, patrzą się nieufnie ;D).


Sklep Ohlssons w Linkoping. Lubię. Oj tak.

 "Ładna dzianina, gruba, nadaje się do wszystkiego"


Jak już przychodzi do charakterystyki materiałów, zaczynam ciężko wzdychać. Nie, już nawet nie chodzi o nieszczęsną satyno-żorżetę. Niech sobie będzie, o ile ta satyno-żorżeta zawsze będzie w rzeczywistości tkaniną, która po jednej stronie ma ziarnistą fakturę, a po drugiej lśni jak atłas. Nie wygłupiam się z dopytywaniem, czy ten batyst nie jest przypadkiem w rzeczywistości fulardem, bo chyba nawet producent w dzisiejszych czasach tego nie wie. Ja zresztą też, ale wiem, gdzie fulard jest opisany w podręczniku. ;D Minimum przyzwoitości, jakiego bym oczekiwała po sklepie, to podanie składu surowcowego. Dokładnego, nie takiego ogólnego typu "wełna z poliestrem". O ile jest sklepem stacjonarnym. W sklepie internetowym dodatkowo miło by było dostać informację o gramaturze. Deklaracje, że "dzianinka" jest ładna, można sobie schować do kieszeni, bo ładność jest względna. Podobnie jak jakość, bo jeśli coś jest jakościowo dobre, to właściwie w porównaniu do czego? 
Najbardziej to widać na bawełnie. Uściślijmy - na niezwykle ostatnio popularnym płótnie bawełnianym, zazwyczaj jednobarwnym lub drukowanym. Ja bym je nazwała tkaniną pościelową, ale dla ogółu to po prostu bawełna, tak jakby bawełna była tkaniną a nie włóknem. Ta zwykła pościelówka sprzedawana jest jako produkt jakościowo dobry, a tymczasem najczęściej jest luźno tkana i przez wierzchnią warstwę łatwo dostrzec nadruki na kolejnych, nadruk traci intensywność wybarwienia już po pierwszym praniu a kurczenie sięga kilkunastu procent na długości. Choć obiecywano 3-5%. Mam taką bawełnę, kupiłam ją na Allegro od bardzo chwalonego polskiego producenta. Na nieszczęście zachciało mi się sprawdzić, jak mocno się skurczy po praniu i zrobiłam to tak, jak się robi w profesjonalnym laboratorium metrologicznym, z tym że zrobiłam to dwa razy, zamiast raz. I dwa razy zanotowałam ubytek na długości i szerokości. Jak widać, jedno pranie nie zawsze zapobiegnie zmianom wymiarów. A używacie tkanin z Ikei? Sytuacja podobna, choć mimo wszystko te tkaniny bywają solidniejsze niż ślicznie nadrukowana masówka z internetu.
Dzianiny. Śliczne jerseye w ślicznych kolorkach. Gdybym miała sprzedawać jerseye, niektóre z nich z pewnością nie znalazłyby się w moim sklepie. Już kiedyś pisałam, że żaden krój odzieży nie pomoże, jeśli dzianina jest wyprodukowana z błędami technologicznymi. Czasem widać je od razu, czasem uwypuklają się dopiero po praniu. Te rzeczy też powinny być (i są) badane w laboratoriach jakościowych. Pytanie, czy użytkownikom zależy na płaceniu za porządne sprawdzenie materiału? Dobre pytanie. Znajomy, który zajmuje się tekstyliami, mówił, że Polakom zależy przede wszystkim na niskiej cenie. Kiedy czytam ogłoszenia na fejsbukowych grupach "poszukuję bawełny po 8 zeta za metr) to mu wierzę. No cóż, a sklepy się po prostu dostosowują do rynku i popytu. Stąd wysyp sklepików z "bawełną i "dresówką". Dresówka imituje obecnie nawet klasyczną flanelę w kratę i swetry w warkocze. No luuuudzie...


Każdy zamówiony materiał ze sklepu tkaniny.net dostaje naklejkę z metryczką, a niej mamy kod produktu, skład surowcowy, przepis prania, długość kuponu... dlaczego tak nie ma w każdym sklepie?


Sklepy, które lubię, mają coś więcej niż dresówkę. Jeśli już mogę się rozmarzyć... chciałabym, żeby istniał sklep, gdzie znajdę dobrej jakości tkaniny i dzianiny podstawowe, przeznaczone na ubrania codzienne. Do tego wybór krep, żakardów, swetrówek, materiałów płaszczowych i wieczorowych... i dodatkowo dział z materiałami do domu. A co. Jednym słowem sklep wszystkomający. :) Z szerokim zakresem cenowym. Z materiałami łatwymi do cięcia i szycia (nawet szyfony mogą się grzecznie zachowywać pod stopką, jeśli są dobrze zrobione). Oczywiście nie muszą być same jedwabie i wełny, syntetyki bywają bardzo użyteczne i nie ma co się na nie obrażać.

Haftowana dzianina z Mariboru. Mimo iż sprzedawczyni nie mówiła płynnie po angielsku, postarała się przekazać zalecenia prania (a raczej jego braku). 

Cieniutka drukowana wełna. Podobno Od Dolce & Gabbana.^^


Nie jestem pewna, czy ten splot można już zaliczyć do żakardowych, ale jest prześliczny. Podobno ta tkanina również pochodzi z kolekcji Dolce & Gabbana.

Poza sklepami (stacjonarnymi i tymi w internecie) są jeszcze sprzedażowe grupy na Facebooku, secondhandy, aukcje internetowe (jak Allegro) czy portale ogłoszeniowe. Praktycznie wszystkie źródła już przerobiłam, może poza OLX. Przy zakupach od prywatnych osób zawsze staram się uważać i sprawdzać reputację sprzedającego. Unikam ryzyka i nie poddaję się pokusom, choć zdarzyło się ostatnio, że zachwyciłam się nomen omen dresówką i ją kupiłam (o wiele za dużo, ha, ha!) Z Allegro już dawno zrezygnowałam, choć wspominam zakupy całkiem pozytywnie. Szmateksy odwiedzam ostatnio głównie w Szwecji - tam jest super, aczkolwiek przy identyfikacji tkaniny trzeba polegać na własnym oku i chwycie. Za to ceny są super. :)

Wszystkie materiały na zdjęciach należą do mnie i jest to naprawdę niewielki procent mojego stanu posiadania. ;) Najwidoczniej daje się znaleźć coś ładnego na rynku, choć wtopy też zaliczam. Do kilku sklepów regularnie powracam. Z pięknymi materiałami jest tak, że strach je ciąć, żeby nie zniszczyć. :) Z drugiej strony, trzeba jakoś zwalniać miejsce na nowe nabytki, prawda?