niedziela, 3 maja 2015

Szycie w weekend majowy





Jednym ze sposobów na efektywne wykorzystywanie limitowanego czasu poświęconego na krawieckie przyjemności jest zminimalizowanie czynności koniecznych do stworzenia nowego ciucha aczkolwiek niezbyt przyjemnych. Takich na przykład jak kopiowanie wykroju z Burdowego arkusza. :) Dlatego postanowiłam zainwestować w gotowe, pojedyncze wykroje, które po prostu wycina się nożyczkami i już - nic nie trzeba odrysowywać, można od razu kroić materiał i szyć. Cudowna sprawa!

I oto uszyłam sobie jegginsy - na podstawie wykroju Burda Young 6926. Poszło błyskawicznie - przesyłka z wykrojem przyszła w czwartek poprzedzający długi weekend a dziś jest niedziela i są już nawet już fotki z gotowym ciuchem:




Garść uwag i spostrzeżeń:
  • wykrój przeznaczony jest do tkanin bielastycznych i raczej nie kusiłabym się na uszycie go z tkaniny elastycznej jedynie w poprzek bez poprawek...
  • ... co też uczyniłam, bo tylko taką tkaninę miałam na stanie. ;) Przede wszystkim przedłużyłam szew siedzeniowy z tyłu o 3,5cm i podwyższyłam linię talii o 1cm po bokach. Wzięłam za wzór gotowe jegginsy, które bardzo lubię i noszę.
  • Przedłużyłam nogawki o 3cm...
  • ... a po przymiarce okazało się, że nie tylko trzeba je przedłużyć, ale też kompletnie przemodelować od kolan w dół, bo Burda zrobiła wykrój na łydki godne słonia. Poprawki robiłam w sposób, którego nie znoszę, czyli spinałam nadmiar szpilkami na sobie i wyrysowywałam nowy szew. Zdecydowanie wolałabym popracować na papierowej formie, ale w tym wypadku miałam już przestębnowany na gotowo szew wewnętrzny i nie było innej opcji.
  • Ozdobne przeszycia zrobiłam nićmi Saba 30 firmy Amann.
  • Tkanina (z Allegro) farbowała w sposób straszliwy, ale jegginsy po praniu na szczęście już nie brudzą.


Nienawidzę pozować...


Choć było trochę kombinowania podczas szycia,to jednak nie żałuję zakupu wykroju. Jegginsy to podstawa mojej garderoby i warto było trochę popracować nad dopasowaniem, bo pewnie uszyję jeszcze niejedną parę. Być może pojedyczne wykroje wydają się drogie, ale po pierwsze korzysta się z nich zdecydowanie wygodniej niż z regularnego magazynu Burdy (tudzież Annny lub Ottobre), a po drugie i tak już na jednym ciuchu oszczędza się w stosunku do ceny podobnego w sklepie - moje portki wyniosły (łącznie z materiałem) około 25zł. :)



piątek, 24 kwietnia 2015

To nie są spodnie na wiosnę



 


Od ponad tygodnia choruję. Dopadło mnie tak paskudne przeziębienie, że nawet nie wzbraniałam się przed pójściem do lekarza, w końcu ile dni z rzędu można mieć gorączkę? I dobrze się stało, że poszłam, dostałam taką baterię lekarstw, że w końcu poczułam się doceniona. Być może będę teraz od nich świecić w nocy, ale co tam. Ważne, że znów mogę ustać na nogach. :)

A skoro jestem chora, to mogę chwilowo zignorować przepiękną pogodę za oknem i pokazać spodnie typowo jesienne.Moje fantastyczne wyczucie czasu pozdrawia w tym momencie wszystkich czytelników. :)))




 Zaczęłam je szyć w październiku, ogarnięta paniką, że nie mam się w co ubrać na zimę. A ponieważ jak zwykle dysponowałam niewielką ilością wolnego czasu, postanowiłam ułatwić sobie życie i wybrać wykrój, który miałam już wycięty i sprawdzony. Padło na model 127 z Burdy 10/2013, którego pierwszą wersję pokazałam dokładnie rok temu tutaj. Tkanina w obu przypadkach pochodzi ze sklepu Tesma - od długiego czasu to mój dyżurny sklep internetowy, jeśli mam ochotę na tekstylne zakupy, bo zawsze znajdę odpowiedni gatunek tkaniny do swoich potrzeb. Tym razem padło na drukowaną bawełnę w typie dżinsu, z niewielką ilością lycry, o splocie skośnym i delikatnie drapaną z prawej strony. Wymyśliłam, że skoro to taki pseudo dżins, to i spodnie uszyję z ozdobnym stębnowaniem, w końcu po coś trzymam te wszystkie grube nici. :) Robota prosta jak drut i bezstresowa.

Naprawdę nie wiem, czemu z takim ułatwiającym życie planem rzeczone spodnie skończyłam dopiero w zeszłym miesiącu. Akurat na powitanie temperatur wykluczających noszenie grubszych portek! Na szczęście pogoda się zlitowała i na tydzień zrobiło się chłodniej, tak że mogłam przez chwilę je ponosić.


Nici Ariadny Talia 30 bardzo dobrze sprawdzają się w ozdobnym stębnowaniu.


Nigdy więcej nie  skroję wewnętrznego worka kieszeni zgodnie z kierunkiem biegu nitki zaznaczonym na wykroju Burdy. Wlot kieszeni rozciąga się wtedy wręcz od samego patrzenia, bo krojony jest po skosie. Żeby tego uniknąć należałoby wszyć tasiemkę lub usztywnić szew paskiem flizeliny, ale po co sobie komplikować życie, jeśli można po prostu skroić worek tak, by wlot biegł wzdłuż nitki prostej?


Te złote elementy wzoru są pokryte... tak, tak, brokatem ;D ja to mam szczęście do glamour... ale po praniu brokat najprawdopodobniej zniknie na zawsze.


Bardzo lubię ten wykrój. W zasadzie spodnie burdowe mogę szyć w ciemno, szew siedzeniowy układa się dobrze bez żadnych poprawek, jedyne, co muszę robić, to skrócić nogawki (albo i nie). Podobno należę do mniejszości? Konstrukcja spodni jest trudna, bo każda kobieta ma trochę inaczej ukształtowany układ kostny. Trudno zatem producentom wykrojów znaleźć złoty środek i tym bardziej cieszę się, że kłopotów z dopasowaniem spodni natura mi oszczędziła. A podobno w krawiectwie miarowym spodnie dla mężczyzn można szyć bez przymiarek!


wtorek, 7 kwietnia 2015

Pani konstruktor





Jednym z moich nielicznych noworocznych postanowień było ukończenie kursu konstrukcji odzieży damskiej. Wprawdzie konstrukcją już się bawiłam i rezultaty chyba nie były najgorsze, ale brakowało mi wsparcia fachowca, kogoś, kto wyjaśni wątpliwości bądź potwierdzi, że rozumowanie jest prawidłowe. Jak niejednokrotnie na blogu wspominałam, krawiectwo to dziedzina, która najlepiej się udaje, gdy możemy się uczyć od żywego człowieka. ;) Kiedy się okazało, że będę mogła sobie sfinansować taki kurs, to nie wahałam się długo i wysłałam zgłoszenie do Europejskiej Akademii Mody.
Europejska Akademia Mody działa w Łodzi od wielu lat (chyba już niedługo będzie obchodzić trzydziestolecie działalności?). W jej ramach przez długi czas można było się nauczyć nie tylko konstrukcji odzieży damskiej lekkiej, ale również konstrukcji odzieży męskiej, bielizny i rysunku żurnalowego. Swego czasu kursy prowadził pan Ryszard Kowalczyk - tak, autor sławnych książek od konstrukcji. W tej chwili w ofercie akademii pozostał jedynie kurs konstrukcji odzieży damskiej lekkiej a wykładowcą jest pani Agnieszka Spiegielhalter, wspaniały fachowiec, a do tego bardzo życzliwa i cierpliwa osoba. :)

Zajęcia odbywały się co tydzień w soboty i niedziele, łącznie dało to 70 godzin intensywnej nauki. Zaczęliśmy niewinnie od konstrukcji spódnicy. Sądziłam, że będę się nudzić (co to za filozofia wykroić spódnicę, prawda?), ale już po dwóch godzinach nie wiedziałam, za co mam się chwytać - za ołówek i rysować linię? za długopis by zapisywać mnóstwo rad i trików podawanych przez panią Agnieszkę? Dowiedzieliśmy się najpierw, jakie są standardy konstrukcji spódnic, a następnie co w konstrukcji lepiej nie zmieniać, o czym należy pamiętać przy dopasowywaniu do konkretnej sylwetki, a na koniec w którym miejscu możemy wykrój zmieniać według własnych upodobań i nic złego się nie stanie. Podobnie intensywnie przerobiliśmy sukienki, bluzki, żakiety i kilka odmian pasujących rękawów. Przestudiowaliśmy konstrukcję kołnierzy wszelkiego rodzaju, zarówno do bluzek jak i do żakietów. Dowiedzieliśmy się, jak projektować wyroby z dzianin i skonstruowaliśmy body i legginsy. Zrobiliśmy dwie różne konstrukcje spodni i studiowaliśmy zależności powodujące złe układanie szwu siedzeniowego.Naprawdę było co robić i po całym dniu zajęć niejednokrotnie wracałam do domu nieprzytomna. Korzystaliśmy z systemów polskich i niemieckich, pani Agnieszka łączyła najlepsze metody kilku autorów tak, żeby osiągać jak najlepsze rezultaty.

W ostatni weekend chętne osoby mogły podejść do egzaminu zawodowego. Prawdę mówiąc sądziłam, że będzie łatwiejszy. ;))) Ale się udało. :) 

Myślę, że choć kurs nie jest najtańszy, to jednak wart jest zainwestowania czasu i pieniędzy. Nie żałuję ani złotówki  i już nawet zapomniałam, że po odebraniu dyplomu zamiast świętować marzyłam jedynie o spaniu. ;) Pozostały mi po nim materiały (które dostaliśmy bez dopłaty) - ołówki, długopisy, różowy zeszyt na notaki, podręczniki... i olbrzymia wiedza, którą teraz trzeba będzie przekładać na praktykę. 

P.S. Na zajęciach robiliśmy konstrukcję bluzki na własne wymiary. W domu postanowiłam zrobić muslin, by sprawdzić czy to działa... Nic nie trzeba było poprawiać. No, może dodać zaszeweczkę barkową , ale niekoniecznie... Szok i niedowierzanie. ;)))) Nietrudno się teraz domyślić, że kurs gorąco polecam? :D