poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Sukienka sierpniowa... a poza tym, czemu skręcają się szwy w ubraniach?



 


 Najlepiej, kiedy dużo się dzieje... taaak, ale najgorzej, jeśli się tak powie w złą godzinę! Na ten rok, pod względem "dziania się", zdecydowanie nie mogę narzekać. Jedno jest pewne - jeśli myślimy, że nic już się w życiu nie wydarzy, a przyszłość rysuje się jako prosta droga, to takim myśleniem kusimy los, żeby dał nam pstryczka. I wtedy robi się ciekawie. 

Ale w ogóle to miało być o wzorze na sukience. Dajcie mi coś pstrokatego, to zaraz będę uradowana jak sikorka na widok kawałka słoniny. Ta wiskozowa dzianina spełnia całkowicie potrzebę szaleństwa, dzieje się na niej duuużo. :) Kiedy wybierałam ją w Jazz&Silk, chłonęłam wzrokiem  barwne plamy i tak byłam nimi zaaferowana, że oczywiście nie zauważyłam, że deseń ma wyraźne pasy. Sprawa wyszła na jaw, kiedy podczas krojenia sukienki od razu okazało się, że mamy do czynienia z całkiem dużym raportem i niestety - albo wymyślony projekt pójdzie do zmiany, bo po prostu w oryginale nie zmieści się na kuponie, albo utnie się części byle jak, albo osoba odpowiedzialna za zakupy (.... no ja, niestety) wyskoczy z kasy na dodatkowy kawałek materiału. 

No i... osoba odpowiedzialna za zakupy (...tak, ja...) z tej kasy wyskoczyła. Bo opcja cięcia "jak leci" bez zachowania nieszczęsnego raportu groziła poważnym konfliktem moralnym a zmiana projektu zaburzeniem równowagi życiowej.




Wykrój częściowo pochodzi z Burdy Szycia Krok po Kroku. To ten sam model co niebieska sukienka z Rzymu., zmieniony jest tylko dół. Wykrój ten trzaskam już po raz siódmy, od miesięcy nic innego nie szyję, już zaczynam mieć mdłości na jego widok, ale co poradzę, że jest taki wdzięczny do szycia? I niewiele trzeba, żeby całkowicie zmienić jego charakter, a do tego dobrze wygląda zarówno w dzianinie, jak i w tkaninie. Wiskozowa dzianina daje najdelikatniejszy efekt, zresztą wystarczy spojrzeć na zdjęcia - falbana na dole ma obwód, bagatela, 3 metry, a w ogóle tego nie widać.









A teraz kilka słów o skręcaniu się szwów w ubraniach z jerseyu. Ogólnie wychodzi na to, że problem wygląda inaczej w zależności kogo się o niego spytamy. Dlaczego szwy się skręcają? Dziewiarz powie, że to wina szyjących. Wykończalnik powie, że wina dziewiarza. Czy ktoś nie powinien pociągnąć do odpowiedzialności także przędzalnika? 
Pytałam o to mnóstwo bardzo mądrych osób, ale także sama obserwowałam, jak się przędzie nici, jak się dzieje jersey, jak się wykańcza dzianiny, a na koniec sama takie dzianiny szyłam. I myślę, że krawcowe są tutaj najmniej odpowiedzialne za złą jakość odzieży. Popularne przekonanie, że szwy się skręcają, bo nie tnie się prosto wykrojów, to bujda na resorach. Przecież gdyby tak było, to żadna odzież z dzianiny nie trzymałaby prostych szwów! A przecież tak nie jest - moja pstrokata sukienka jest prosta jak archetyp linii prostej. A bywalcy Facebooka pamiętają, jak się zżymałam nad innymi dzianinami, które były krzywe jeszcze przed jakąkolwiek ingerencją nożyczek.
Dzianina to efekt wieloetapowej, włókienniczej pracy. Na każdym etapie coś może pójść nie tak, a kolejne mogą czasem (celowo lub nie) zakrywać błędy poprzedników. Może być kiepska przędza. Mogą wyjść błędy na dziewiarkach. W przypadku jerseyu są to zazwyczaj dziewiarki cylindryczne, dzianina z nich schodzi w formie rękawa. W takich dziewiarkach nitka zawsze ciągnie w jedną stronę, więc w sumie trudno się dziwić, że potem dzianina też się skrzywia w jedną stronę. Aczkolwiek nie powinno tak być, nie siedzę w temacie, ale jestem pewna, że są sposoby na zapobieżenie takim przeciągnięciom. A jeśli nie wyjdzie? No to mamy wykańczalnictwo, mechaniczne, termiczne, chemiczne. Stabilizuje się dzianinę na przeróżne sposoby. Tutaj też może coś pójść nie tak. Bo na przykład panowie na maszynie wykończalniczej "pracują od 30 lat i wiedzą lepiej jak coś dogrzać". Bo "tak się zawsze robiło". A czasem np. nie można po prostu dogrzać dzianiny, kiedy przędza za słaba. I wracamy do początku.
Czy wobec powyższego, krzywe szwy to na pewno wina krawcowej? Nie. Z mojego doświadczenia wynika, że można szyć wszystko, a dzianina się skręci, albo nie skręci. Zazwyczaj wychodzi to zaraz po dekatyzacji.Wyprana dzianina odsłania wiele swoich wad. Rządki i kolumienki przestają trzymać kąty proste względem siebie (czasem to widać jeszcze przed praniem!). Jeśli będziemy próbować ją prostować, to po kolejnym praniu i tak wróci do swojej zwichrowanej formy. Ja, kiedy trafiam na taką dzianinę, po prostu odpuszczam i kroję ją taką krzywą, decyduję tylko, czy trzymać się np. linii nadruku czy linii rządków. Oczywiście jest to nie do końca zgodne ze sztuką krawiecką, która każe się trzymać linii prostej kolumienek (czyli tej wzdłuż dzianiny).  Ale to działa i szwy po praniu pozostają już proste a ubranie trzyma fason.

Podsumowując, krzywe krojenie nie powoduje krzywych szwów. Odsłania tylko błędy producentów.

Nooo, wygadałam się. :D 



czwartek, 30 maja 2019

Blue flowering





Można powiedzieć, że ta sukienka ma geny podróżnika. Nie wiadomo, kiedy i gdzie się narodziła. Była wtedy zwykłym granulatem poliestrowym, takim białym, nieprzezroczystym i matowym, trochę kanciastym, bo powstał poprzez pocięcie zestalonej strugi włóknotwórczego polimeru. Być może stało się to gdzieś w Chinach. A może w Tajlandii? Być może w tym samym miejscu mały groszek uległ kolejnemu przeobrażeniu i po roztopieniu i bliskim spotkaniu z dyszą przędzalniczą rozdzielił się na kilkaset cieniutkich włókienek. Co było potem?  Jeszcze nie krosno. Przedtem trzeba było nowonarodzony surowiec włókienniczy odpowiednio przygotować. Popracować nad strukturą. Wzmocnić. Teksturować. Znów pociąć na jeszcze mniejsze odcinki. W końcu uprząść na przędzarkach, które pewnie ciągnęły się kilometrami w wielkiej, zupełnie zmechanizowanej przędzalni. Kiedy trafił do tkalni zupełnie już nie przypominał groszku. Kiedy nareszcie opuszczał fabrykę (po drodze zahaczył jeszcze o drukarnię), miał już nowe imię - stał się krepą.




Nie wiem, jak trafiła do kosza w szwedzkim sklepie tekstylnym, ale zaraz ją wypatrzyłam, bo strasznie mi się spodobał ten błękit. I kwiatuszki! I to, że jest krepą, bo nic nie układa się tak ładnie jak krepa. Wybaczyłam jej nawet syntetyczne pochodzenie, bo poliester nie jest taki zły, łatwo się pierze i ma trwałe kolory. Kupiłam ostatni wyhaczony kawałek i z dumą przywiozłam do Polski jako pamiątkę z podróży.

To było ładne kilka lat temu, śliczna tkanina leżakowała sobie w pudle, trochę zapomniana, bo jakoś ciężko było wybrać do niej odpowiedni wykrój pod względem fasonu i zużycia materiału. . Szkoda mi było jej ciąć na byle co. Ale w końcu pomyślałam sobie, że w pudle też nie ma z niej pożytku i jest przez to trochę zmarnowana. I dlatego powstała sukienka. I żeby było bardziej znacząco i wiekopomnie;) jej debiut przewidziałam na wakacje w Rzymie.




Gdybym wiedziała, że będzie taka trudna w szyciu, to pewnie nadal by zimowała wciśnięta gdzieś między inne szmatki! Rany - fastrygowanie każdego szwu to nie jest to, co najbardziej lubią tygryski. Trzeba wykazać się cierpliwością, na którą nigdy nie było wiele miejsca w światopoglądzie Aire. ;) Całe szczęście, że wykrój nie był skomplikowany, aczkolwiek trochę go skomplikowałam - wybrałam model 3C z Burdy Szycie Krok po Kroku 1/2019, zrezygnowałam z poziomego cięcia poniżej pasa i dodałam marszczenie z tyłu, jakie nieraz jest w niektórych obszernych bluzkach koszulowych. Ach, i dodałam oczywiście kieszenie. No i wyszła taka kiecka jak na zdjęciach. Bardzo jest wygodna. A traumy po szyciu praktycznie już nie ma, mogę tylko powiedzieć na przyszłość - nie szyjcie po północy elementów wymagających precyzji, to co się wydaje arcytrudne o 3 nad ranem, staje się zdecydowanie prostsze po 8 godzinach snu. :)








Wbrew pozorom wiosną we Włoszech może być zimno (szczególnie w maju), więc prawie do końca wyjazdu nie byłam pewna, czy sukienka opuści bagaż i wyjdzie na miasto. Udało się ostatniego dnia i muszę przyznać, że czułam się w niej bardzo dobrze. Poszłam w niej do centrum światowej mody w Rzymie, w okolice Schodów Hiszpańskich, bo przecież należała jej się sesja foto, a niby gdzie indziej wypada robić sobie słodziaste focie na bloga? Ale w poście są zdjęcia z innych miejsc, bo bohaterką ma być nie Rzym lecz ona. Tekstylna globtrotterka. :)



poniedziałek, 20 maja 2019

Na pamiątkę z Włoch



Prezent pożegnalny od Mariny, mojej gospodyni.


Pojechałam do Rzymu przede wszystkim po to, by poznać na żywo antyczną architekturę i sztukę. Nie miałam zamiaru przeszukiwać miasta pod kątem tkanin. Nooo, ale nie byłabym sobą, gdybym jednak nie zrobiła malutkiego planu, że tak się wyrażę "tekstylnego". Bo co można przywieźć z Włoch? Prócz sera, makaronu, oliwy, wina musującego, wina zwykłego, likieru Aperol, kawy, słodyczy... suszonych pomidorów, mąki na pizzę, prosciutto... ufff, na jednym wdechu nie da się tego wymienić... a więc, prócz tego wszytkiego, można przywieźć sobie tkaniny! Te słynne włoskie tkaniny, będące gwarancją  przyzwoitej jakości.

Jeszcze przed wyjazdem znalazłam na blogu Sewing Princess listę sklepów tekstylnych we Włoszech i z radością stwierdziłam, że kilka znajdą się na trasie zwiedzania. Szkoda tylko, że listy tej zapomniałam wziąć ze sobą (została w laptopie w domu) a zapamiętałam jedynie jeden sklep. I oczywiście go odwiedziłam.^^

Na początek zobaczcie ruiny:




Ruiny te znajdują się na placu Largo di Torre Argentina, bardzo blisko miejsca przesiadkowego (Piazza Venezia) i rzut beretem od Panteonu. Nie są słynne w blogosferze z powodu swej historii (tutaj zginął Juliusz Cezar), ale z powodu zamieszkiwania ich przez koty. :) Ale tym razem nie wspominam ich  przez Cezara i koty. Kiedy je znajdziecie, wiedzcie, że znajdujecie się w pobliżu kilku sklepów tekstylnych!

Jeden ze sklepów jest na tym samym placu, to Azienda Tessile Romana:




Sklep o stuletniej historii, rozciągający się na całym parterze kamienicy i zajmujący dodatkowo pierwsze piętro. Jest w czym wybierać! Materiały są pogrupowane gatunkowo i pod kątem przeznaczenia. I jest ich bardzo, bardzo dużo, dość powiedzieć, że tkanin koszulowych jest chyba ze sto belek. Ceny nie głaszczą po kieszeni, poza kilkoma wyjątkami (o zauważalnie niższej jakości) za materiały trzeba zapłacić od dwudziestu kilku euro wzwyż za metr bieżący. Górna granica? Nie sprawdzałam specjalnie, ale sądzę, że sky is the limit. Warto? Każdy ocenić musi sam. Po krótkim przeglądzie półek zorientowałam się, że właściwie znam ten towar. To znaczy  - znam włoskie tkaniny. Przecież od lat kupuję je w Polsce, takie sklepy jak Tesma czy Natan sprowadzają w końcu towar z Włoch. W związku z tym nie poczułam ciśnienia, żeby zaraz natychmiast wynieść ze sklepu pół asortymentu. :) Jednak coś sobie wybrałam, tak na pamiątkę:


Haftowana bawełna, jedna z kilku(nastu) w sklepie...


Inne sklepy w pobliżu to:
  • Paganini(Via Aracoeli 23)
  • Fratelli Bassetti Tessuti (Corso Vittorio Emanuele II 73)
  • Pierlorenzo Bassetti Tessuti (Via del Gesù 60)
  • Francesco Longo e Figli ( Piazza Dell' Dell'Enciclopedia Italiana 50) 
Żeby je wszystkie obejść wystarczy pół godziny. Oczywiście nie licząc czasu poświęconego na wizytę w środku, bo wtedy dzień z głowy. Uczciwie przyznaję, że mnie się nie chciało zaglądać, wystarczyło mi do szczęścia odwiedzenie Aziendy (a może przestraszyłam się cen? albo ujmująco grzecznych ekspedientów;)). Weszłam na chwileczkę do Paganiniego a spoza powyższej listy widziałam jeszcze sklep Valli (dalej od centrum, blisko placu Barberini), gdzie pogłaskałam jedwabie Valentino za 140 euro (macanie na szczęście jest za darmo). Gdybym miała więcej czasu, z pewnością zrobiłabym dokładniejsze rozeznanie i wydała pewnie przy tym mnóstwo pieniędzy. :D


Jednak to nie koniec rzymskich łupów. Jednego dnia udałam się do Ostii w celu relaksu na plaży:


Zielony dzwonek rządzi pod palmami. ;)

Na plaży zaczepił mnie jeden z tych przedsiębiorczych, ciemnoskórych imigrantów z ofertą sprzedaży ręcznika na plażę, oczywiście "oryginalnego, włoskiego, prosto z Indii". Nie zgodziłam się (ci sprzedawcy zaczepiający na każdym kroku byli bardzo uciążliwi), ale potem pomyślałam, że za kilka euro mogę dostać mnóstwo materiału, który niekoniecznie musi posłużyć wyłącznie jako koc piknikowy. W sklepie koło dworca Lido di Ostia kupiłam zatem dwie ręcznie barwione narzuty:



Mniejsza ma rozmiar 140x210cm (koszt 6 euro), natomiast większa 250x280cm (koszt 8 euro)! Bardzo mi się podobają, są z grubszej bawełny i mają piękne kolory. Przewiduję, że będą często występować na blogu w roli tła do zdjęć. :)  Jeśli będą dobrze znosić pranie, pożałuję, że nie kupiłam jeszcze kilku.

Ostatnim moim zakupem związanym z tekstyliami był magazyn z wykrojami Carta Modelli. To chyba włoski odpowiednik polskiego "Szycia". Zielonego pojęcia nie mam, czy cokolwiek kiedykolwiek z niego uszyję. :)




I to wszystkie pamiątki z Rzymu. O przywożeniu jedzenia i picia nie wspomnę, bo nie zamierzam zmieniać tematyki bloga na szeroko pojęty lajstajl. Ale powiem wam, że włoskie spumante jest grzechu warte...